#10. Jack

Podczas sesji każdy powód aby nie uczyć się do egzaminów jest dobry - dlatego napisałam nową notkę. Ot tak.


Ostatnio całe dnie upływają mi na ciężkiej nauce, ślęczeniu w bibliotece nad opasłymi tomami, które pani Pince łaskawie pozwalała mi zabierać do stolika znajdującego się w zacisznym miejscu, gdzie nikt mi nigdy nie przeszkadzał. Samotność co prawda czasami dawała mi się we znaki, ale co rusz utwierdzałam się w przekonaniu, że w sprawach nauki mogę liczyć jedynie na siebie. Harry i Ron bardzo rzadko mi towarzyszyli, a jeśli już, to wybierali miejsca blisko drzwi, by w każdej chwili móc porwać torby i uciec. Przyznam szczerze, że ja również unikałam ich towarzystwa, bo między nami panowało jakieś dziwne napięcie odkąd wróciłam z Bułgarii. Oczywiście doskonale wiedziałam o co im chodzi, ale żadne z nas nie odważyło się poruszyć tego tematu – no i tak się to ciągnie od początku stycznia.


Stawiając kropkę na końcu ostatniego zdania usłyszałam jakiś dziwny hałas, więc uniosłam głowę i mrużąc delikatnie oczy rozejrzałam się dookoła, spodziewając się, że zaraz ktoś wyłoni się zza najbliższego regału z książkami. Trwałam tak chwilę bez ruchu, ale nic się nie wydarzyło, więc wzruszyłam ramionami, chociaż mimo wszystko odłożyłam pióro na bok, a dziennik wsunęłam do wypełnionej po brzegi torby, a następnie oparłam się wygodnie na krześle. Spojrzałam na Poradnik transmutacji dla zaawansowanych i z moich ust wydobyło się lekkie westchnięcie na samą myśl o ogromie pracy, którą jeszcze musiałam wykonać tego dnia. Po chwili znów usłyszałam ten dziwny dźwięk, więc ostrożnie wstałam od stolika i marszcząc brwi podeszłam do pierwszego z brzegu regału i zajrzałam za niego. Nikogo tam nie było.
- Halo? – zapytałam, czując jak włoski na rękach jeżą się od gęsiej skórki, mimo że w bibliotece wcale nie było zbyt chłodno. Ale po tym wszystkim co przeżyłam, trudno się było dziwić mojej reakcji. Nikt mi nie odpowiedział, więc postanowiłam wrócić do stolika, ale gdy się odwróciłam, okazało się, że ktoś już siedzi na moim miejscu. Jack.
- Co ty tutaj robisz? – zapytałam, nieco zirytowana, że tak łatwo się zdenerwowałam z tak błahego powodu. No i przecież Jack nie odzywał się do mnie od dłuższego czasu (a raczej od bardzo dawna), więc tym bardziej byłam zdziwiona jego obecnością tutaj.
- Myślałam, że ucieszy cię moje towarzystwo, szczególnie że ostatnio coraz częściej widuję cię samą. Czyżby twoi przyjaciele odsunęli się od ciebie? – zapytał tonem, który doskonale znałam i już sam ten fakt sprawił, że miałam ochotę czym prędzej stąd uciec (czy też raczej – uciec przed nim). Podeszłam do stolika i bez słowa zaczęłam pakować książki oraz zwitki pergaminu do torby, udając jakbym wcale nie miała niechcianego towarzystwa.
- Nie udawaj, że się na mnie złościsz, Granger, bo nie masz o co – zaśmiał się cicho. Czułam, że nie spuszcza ze mnie wzroku, więc moje policzki zaróżowiły się nieco, co dodatkowo mnie zdenerwowało. – Ja byłem na ciebie wściekły przez pewien czas, przyznaję, ale już mi przeszło – dodał i wyglądał na osobę bardzo z siebie zadowoloną.
- Czego chcesz? – zapytałam, w końcu na niego spoglądając i pokręciłam głową, siadając na krześle obok. W sumie nic się nie stanie jeżeli zamienię z nim parę słów, prawda?
- Myślałem, że się ucieszysz z mojego towarzystwa – powiedział bawiąc się moim piórem – bo ostatnio nie kłębi się przy tobie tłum fanów, z tego co zauważyłem.
- Już to mówiłeś – odparłam, uśmiechając się nieco sztucznie, z czego zdawałam sobie sprawę, ale naprawdę nie potrafiłam inaczej zareagować. – Mam dużo pracy i wcale nie potrzebuję towarzystwa – wzruszyłam ramionami z wciąż niezmienionym wyrazem twarzy, co Jack niewątpliwe od razu zauważył, bo pokiwał lekko głową.
- Może nie jestem twoim przyjacielem od dzieciństwa, ale doskonale wiem, że wcale nie chodzi o nawał pracy, którą sama na siebie wzięłaś, Hermino… - zaczął i położył swoją ciepłą dłoń na mojej, jakby chciał dodać mi otuchy. Ale ja niestety zachowałam się tak, jakby jakiś zły duch we mnie wstąpił. Zerwałam się z miejsca i nie zważając na to, że jesteśmy w bibliotece, zawołałam:
- Myślisz, że kilka miłych słówek i od razu zacznę ci się zwierzać? Zatem muszę ci powiedzieć, że nie potrzebuję ani ciebie, ani nikogo innego, więc może jednak wrócimy do czasów, kiedy mnie ignorowałeś i darujemy sobie tą znajomość – ostatnie słowa wymówiłam nieco ciszej, ale mimo wszystko dosyć głośno, bo od razu usłyszałam szybkie kroki i po chwili obok nas stanęła pani Pince.
- Co wy tutaj wyprawiacie? To jest BIBLIOTEKA, więc proszę o cieszę! – zawołała skrzekliwym głosem i zrobiła taką minę, jakbyśmy popełnili jakieś przestępstwo.
- Przepraszam – wyszeptałam, pakując swoją torbę do końca, a kiedy już skończyłam, odwróciłam się na pięcie i szybko ruszyłam do wyjścia z biblioteki, nie odwracając się za siebie.

* * *

Dzisiaj podczas śniadania sowa przyniosła mi kolejny list od Wikotra. Udawałam, że nie widzę miny, jaką zrobił Ron widząc nadawcę na kopercie, chociaż NIE DAŁO się nie zauważyć jego reakcji. Jestem przekonana, że chciał nawet rzucić jakiś chamski komentarz, ale Ginny w porę go powstrzymała. Ona jedyna nie robiła mi wyrzutów, że pojechałam odwiedzić Kruma i zostałam u niego na święta, chociaż czasami miałam wrażenie, że czegoś mi nie mówi. Otworzyłam ostrożnie kopertę, uważając by nie wylać na list soku dyniowego, który właśnie popijałam i delikatnie wyciągnęłam z niej zapisany z obydwu stron mały kawałek pergaminu.

Najdroższa!
Twoje słowa w ostatnim liście bardzo mnie wzruszyły! Ja też chciałbym być teraz przy Tobie.
Koniec szkoły zbliża się nieubłaganie, więc już czas zacząć zastanawiać się nad przyszłością, co o tym myślisz? Mam tutaj na myśli oczywiście naszą WSPÓLNĄ przyszłość, Hermiono. Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie przy moim boku.
Wiem, że może Cię to trochę przerazić, ale to chyba dobry czas, żeby zacząć myśleć o tym co będzie dalej, bo przecieżnie możemy wiecznie pisywać do siebie listów i widywać sie jedynie podczas wakacji i świąt, prawda?
Mam nadzieję na rychłą odpowiedź od Ciebie!

Całuję, Twój na zawsze - Wiktor

P.S. Moja mama przesyła gorące pozdrowienia oraz domowej roboty babeczki dyniowe. Smacznego!


Dopiero teraz obok mnie wylądowała druga sowa z paczuszką, która zawierała owe wspomniane w post scriptum babeczki. Położyłam ją sobie na kolanach, uśmiechając się lekko do samej siebie, ale tuż po chwili zobaczyłam Jack'a wchodzącego do Wielkiej Sali i uśmiech szybko zniknął z mej twarzy. Cały czas zastanawiam się dlaczego tak dziwnie zareagowałam w rozmowie z nim. Jest mi strasznie wstyd, nie ukrywam i zastanawiam się co zrobię, gdy następnym razem go zobaczę. Wcale nie chciałam, żeby spisał na straty naszą znajomość i jak się nad tym głębiej zastanowić, to naprawdę ucieszyłam się, że znów ze sobą rozmawiamy. Chociaż teraz pewnie już nie...
On również mnie zauważył i mimo tego, że był Ślizgonem, podszedł do stołu Gryffindoru, do mnie, co wprawiło mnie w niemałe osłupienie. Ten chłopak naprawdę jest pełen niespodzianek. Schylił się lekko, dotykając dłonią mojego ramienia i szepnął mi do ucha:
- Chyba musimy dokończyć naszą rozmowę z biblioteki, jak myślisz? Będę na Ciebie czekał o 16 na błoniach, proszę cię, przyjdź. Potem zdecydujesz czy naprawdę nie chcesz się już ze mną zadawać.
Lekko pokiwałam głową, a on odszedł, nie przejmując się nienawistnymi spojrzeniami Gryfonów, którzy siedzieli przy stole oraz oburzonymi spojrzeniami kolegów z jego domu. Ja starałam się zachowywać tak, jakby nic nie zaszło, ale Ron nie wytrzymał.
- Znowu się zadajesz z tym lalusiem? - wypalił, czerwieniejąc na całej twarzy. Był tak zdenerwowany, że omało co nie wywrócił swojego pucharu z napojem. - Czy ty nie możesz pojąć, że po raz KOLEJNY bratasz się z wrogiem, Hermiono? Jak możesz być taka głupia? - zawołał, zwracając na nas powszechną uwagę.
- Ron, uspokój się... - zaczęła Ginny cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu, ale on tylko spojrzał na nią krzywo i strzepnął jej dłoń ze swojego ramienia, dając nam wszystkim do zrozumienia, że miarka się przebrała. Nie rozumiałam tylko w jakim sensie.
- Ron... - spróbowałam go zagadnąć, ale chłopak pokręcił tylko głową, wstał gwałtownie i bez słowa ruszył do wyjścia z Wielkiej Sali. Był chyba dotknięty do żywego, bo prawie potknął się o poły rozpiętej szaty, ale szybko odzyskał równowagę i po chwili zniknął na korytarzu.
- Czy zawsze musi być coś nie tak? - mruknęłam, grzebiąc widelcem w talerzu, ale ani Harry, ani Ginny mi nie odpowiedzieli, więc resztę posiłku spędziliśmy w nieprzyjemnym milczeniu.

skomentuj (0)


* * * * * *


#9. Rok później

Czasami myślami powracam do czasów, kiedy wszyscy pisali potterowskie opowiadania i na każdym kroku było czuć magię emanującą z książek o Harry'm Potterze. Dobrze było oderwać się od szarej rzeczywistości i być częścią czegoś tak wspaniałego.
I pomimo tego, że nikt tego nie przeczyta, wrzucam kolejną notkę. Dla siebie.



Minął jakiś rok od momentu, kiedy ostatni raz zaglądałam do tego pamiętnika. Wszyscy wpadliśmy w wir wydarzeń, które niestety dla nikogo nie skończyły się dobrze. Chyba nikt nie zapomni naszej wyprawy do Ministerstwa Magii, śmierci Syriusza i... spotkanie Voldemorta. Wszystko się pomieszało. Z każdym dniem świat staje się coraz bardziej niebezpieczny - i dla nas, czarodziei, i dla mugoli (którzy jak na razie niczego jednak nie podejrzewają).


Siedzę teraz w Pokoju Gościnnym w... Domu Wiktora Kruma! Tak, dokładnie. Jak już bowiem wspomniałam wcześniej - wszystko się pomieszało. Kiedy w zeszłym roku postanowiłam pójść z Ronem na Bal, Wiktor napisał w krótkim liście, że życzy mi powodzenia i szczęścia w życiu. Bardzo mnie to zabolało, ponieważ byliśmy ze sobą blisko i oczekiwałam czegoś więcej. Sama nie wiem czego - może żeby zawalczył o mnie ten ostatni raz?


Unikałam również Jack'a... Udawałam, że to, do czego doszło w bibliotece, nigdy nie miało miejsca. Co prawda moje serce nadal biło szybciej, gdy przez przypadek napotykałam jego osobę wzrokiem. Ale przekonywałam sama siebie, że taki związek i tak nigdy by nie wypalił. Gryfonka i Ślizgon? Na dodatek przy tych wszystkich okolicznościach? To nie zostałoby zaakceptowane. Widuję go czasami na korytarzu, w towarzystwie czarnowłosej Ślizgonki i tylko wzdycham cicho, gdy mnie mijają. Jack oczywiście nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, czemu się nie dziwię, bo w końcu potraktowałam go podle.

 

A co do Rona... Bal był naprawdę udanym wydarzeniem (pomimo obecności Umbridge), ale do niczego więcej nie doszło. Żadne z nas nie wspominało o pocałunku w chłopięcym dormitorium. Oboje czuliśmy się nieco skrępowani tą całą sytuacją i po prostu... Zaczęliśmy zachowywać się po staremu. Ot tak.I wszystko przycichło, nasze uczucia również.


Zatem jakby na to nie patrzeć - zostałam sama. Odrzuciłam dwóch uroczyć chłopaków, a trzeci... Cóż, sama nie wiem jak określić postępowanie Rona. Ale chyba dostałam za swoje.

Jak to się więc stało, że piszę teraz z domu Kruma? Sama nadal jestem w szoku, uwierzcie mi.

Tuż przed świętami dostałam od niego list, w których prosił mnie, bym go odwiedziła podczas ferii świątecznych. Ponoć próbował o mnie zapomnieć, ale mu się nie udało i postanowił ostatni raz spróbować szczęścia.

Zgodziłam się bez namysłu, bo... Nie chciałam stracić kolejnej (ostatniej?) szansy.

Kiedy oznajmiłam Harry'emu i Ronowi, że nie pojawię się u Weasley'ów - zrzedły im miny. Widziałam, że byli niepocieszeni. Początkowo Harry nawet próbował namówić mnie do zmiany decyzji, ale byłam nieugięta. Ron milczał, nie komentując tego. To bez znaczenia.


Spakowałam się więc i w dzień Wigilii Bożego Narodzenia byłam już w domu Wiktora. Jego rodzice bardzo ucieszyli się z moich odwiedzin, ja również byłam zadowolona, że w końcu ich poznałam. A gdy zobaczyłam Wiktora... Moje serce stanęło. Zmienił się przez ten czas i nawet wyprzystojniał jeszcze, chociaż nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Podeszłam do niego, nie bardzo wiedząc jak się zachować, ale on po prostu uśmiechnął się lekko i przytulił mnie do siebie. Wtedy poczułam, że moja decyzja była słuszna i objęłam go również mocno, mając nadzieję, że chociaż jedna sprawa się ułoży.

Święta minęły wspaniale, odwiedzała nas też dalsza rodzina Wiktora. Dni spędzaliśmy biesiadując przy stole, śmiejąc się i rozmawiając. Wieczorami wymykaliśmy się z Krumem do ich wielkiej biblioteki (ach, cudo!) i całowaliśmy się namiętnie pomiędzy regałami. Kiedy później kładłam się do łóżka, czułam się naprawdę szczęśliwa i spełniona. Tak właśnie powinno wyglądać moje życie, prawda?


Ale ostatnio coraz częściej myślałam o moim powrocie do Hogwartu i o tym, że to sielskie życie bez zmartwień się skończy. Wiktor pocieszał mnie, mówiąc, że teraz już na pewno będzie dobrze, będziemy utrzymywać kontakt listownie, a on jak najczęściej będzie pojawiał się w Hogsmeade. Uśmiechałam się na te słowa, mając tylko nadzieję, że okażą się prawdziwe.


Teraz patrzę na moją ogromną walizkę (już spakowaną, oczywiście) i zastanawiam się, jak ten czas mógł tak szybko minąć! Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołałam, chowając pamiętnik pod poduszkę.

- Cześć - do pokoju wszedł Wiktor, uśmiechając się lekko. Spojrzał na mój bagaż i westchnął lekko. - Widzę, że już się spakowałaś.

- Taak - powiedziałam z niechęcią w głosie. Czułam się dziwnie z myślą, że jutro będziemy się żegnać. I że przez długi czas nie będę mogła całować jego cudownych ust, gdy tylko tego zapragnę.

Chłopak usiadł obok i objął mnie ramieniem.

- Będzie dobrze, zobaczysz - wyszeptał mi do ucha, a przez moje ciało przeszły dreszcze.

Odwróciłam lekko głowę i spojrzałam mu w oczy.

- Naprawdę w to wierzysz? - zapytałam.

- Tak - odparł z pewnością w głosie. - Wiesz dlaczego? Bo... Kocham Cię, Hermiono - powiedział i złożył na mych ustach delikatny pocałunek.

- Ja Ciebie też kocham, Wiktorze - rzekłam, czując jak do oczu napływają mi łzy. Nie chciałam stąd wyjeżdżać, och, jak bardzo nie chciałam!

Przytuliłam się do niego, pozwalając łzom płynąć po moich policzkach. Wiktor gładził mnie po włosach, szepcząc słowa pociechy. W końcu zasnęliśmy na moim łóżku, wtuleni w siebie.

 

* * *

 

Wszyscy wstali skoro świt, żeby mnie pożegnać. Uśmiechałam się szeroko, kiedy rodzice Wiktora tulili mnie do siebie.

- Młoda panno, musisz nas koniecznie odwiedzić ponownie! – powiedziała pani Krum, a jej mąż kiwnął głową. Chwilę później dyskretnie się ulotnili, żebym mogła pożegnać się z ich synem. Pocałowałam chłopaka delikatnie w policzek i powiedziałam:

- Mam nadzieję, że już niedługo się zobaczymy.

- Ja też mam taką nadzieję, Hermiono – uśmiechnął się do mnie, lekko przechylając głowę.

Wpakowałam walizkę do bagażnika i wsiadłam do samochodu, nadal się uśmiechając. Kiedy pojazd ruszył, odwróciłam się jeszcze, żeby im pomachać. Niedługo potem zniknęli mi z oczu, więc wtuliłam się w swój płaszcz i zamknęłam oczy.

 

Wieczorem pojawiłam się w Hogwarcie. Ostrożnie weszłam do Pokoju Wspólnego, ciągnąc za sobą wielką walizę.

- Cześć, Hermiono! – krzyknęła Lavender Brown, gdy tylko mnie ujrzała. – Jak było w Bułgarii? – zapytała z ciekawością w głosie.

- Miło – odparłam zwięźle, uśmiechając się lekko. Nie chciałam wdawać się w szczegóły, bo z tej dziewczyny jest niezły plociuch.

- Harry i Ron już wrócili? – spytałam za to, rozglądając się ukradkiem po pomieszczeniu.

- Taaak – odpowiedziała niechętnie, widocznie lekko obrażona, że nie opowiedziałam jej dokładnie jak wyglądał mój pobyt u Wiktora. – Wydaje mi się, że są w Wielkiej Sali na kolacji – wzruszyła ramionami i odwróciła się, wracając do rozmowy z przyjaciółką. Widocznie straciła mną zainteresowanie. Cóż, trudno. Szybko ruszyłam do naszego dormitorium, żeby zostawić bagaż, przebrać się i poszukać przyjaciół.

 

- Hermiono! – krzyknął Harry, gdy tylko weszłam do Wielkiej Sali. Podbiegłam do stołu Gryfonów szybko i rzuciłam się w ramiona przyjaciela. Ron nie był aż tak entuzjastycznie nastawiony.

- Świetnie znowu was widzieć! – powiedziałam radośnie, sadowiąc się między Harry’m, a Ginny. – Jak święta?

- Dobrze – uśmiechnęła się Ginny. – Jak zwykle dużo ludzi i zamieszania – pokiwała głową.

Na czas świąt wszyscy starali się zapomnieć co działo się wokół nas.

- Nic nie powiesz? – zapytałam Rona, który siedział z lekko spuszczoną głową. Harry chrząknął i spojrzał na Ginny znacząco. Oboje natychmiast się podnieśli.

- My już skończyliśmy – powiedzieli jednocześnie i niemal pędem opuścili Wielką Salę.

Uniosłam brew, nie spuszczając wzroku z Weasley’a, który chyba nie kwapił się, żeby mi odpowiedzieć.

- Jasne – mruknęłam w końcu. – Nie to nie, przecież nie będę się prosić, żebyś ze mną rozmawiał – powiedziałam, wstając.

- Czekaj – usłyszałam. Ron nareszcie na mnie spojrzał. – Po prostu było nam wszystkim… Przykro, że olałaś nas dla tego kolesia – dodał. – Ale to już nieważne – wzruszył ramionami.

Usiadłam, lekko mrużąc oczy. Tego kolesia? Ale nie skomentowałam tego, bo nie chciałam się kłócić.

- Skoro nieważne, to nieważne – odparłam szybko, nakładając sobie jedzenia na talerz. Ale w głębi duszy czułam, że to jeszcze nie koniec.


Po kolacji wróciliśmy do Pokoju Wspólnego i w czwórkę wygrzewaliśmy się przy kominku, rozmawiając o błahostkach. Dopiero grubo po północy położyliśmy się do łóżek, nie myśląc nawet o tym, że od jutra ponownie zaczyna się harówka nad książkami. Uśmiechnęłam się lekko, kiedy Krzywołap wskoczył na moje łóżko. Pogłaskałam go delikatnie i w końcu zasnęłam…


skomentuj (0)


* * * * * *


#8. Pocałunek

Stałam w oknie i patrzyłam za odlatującą sową. Musiałam to zrobić, nie miałam innego pomysłu. Cały czas igram z uczuciami bliskich mi osób, ale...

Wiktorze,
niestety muszę Cię rozczarować. Nie przyjadę do Bułgarii na święta Bożego Narodzenia. Nie jest to jednak zależne ode mnie, Umbridge nakazała, aby wszyscy uczniowie byli obecni na Balu. Nie pytaj mnie dlaczego, bo sama nie znam przyczyny tej decyzcji. Naprawdę przepraszam.

Hermiona

Wiedziałam, że postepuję źle, okłamując Wiktora, ale nie miałam zielonego pojęcia jak napisać mu w liście o tym, że zdecydowałam się pójść na Bal z Ronem. I jeszcze ten pocałunek... Było to dla mnie zdecydowanie za dużo, chociaż doskonale wiedziałam, że na dłuższą metę takie unikanie ostatecznej odpowiedzi może być tragiczne w skutkach. Teraz modliłam się już tylko o to, aby nie wydarzyło się nic niespodziewanego, co zrujnowałoby moje plany.

* * *

- Witaj - usłyszałam, gdy stojąc przy półce z księgami wodziłam wzrokiem po ich grzbietach, by znaleźć tą, której potrzebowałam. Odwróciłam się i ujrzałam Jack'a, który stał oparty o regał zapełniony książkami o tematyce Starożytnych Run. Jak zwykle wyglądał bardzo dobrze, co sprawiło, że moje serce na chwilę zabiło nieco szybciej, czego nie dałam po sobie poznać.
- Och, witaj - powiedziałam obojętnie, skupiając się ponownie na znalezieniu poszukiwanej przeze mnie książki, potrzebnej do napisania kolejnego długiego wypracowania, które miałam oddać w przyszłym tygodniu.
- Czy mi się tylko wydaje, czy zaczęłaś mnie unikać? - zapytał Ślizgon, a ja czułam, że nie spuszcza ze mnie swojego roziskrzonego wzroku, co tym bardziej wprawiało mnie w zakłopotanie. Doprawdy nie rozumiałam jego zainteresowania moją osobą. - Dawno cię nie widziałem - dodał, przechylając głowę i zaśmiał się cicho, jakby doskonale wiedział, co właśnie działo się w mojej głowie.
- Miałam dużo spraw na głowie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i w końcu spojrzałam na niego, bo dłuższe ignorowanie jego osoby było najwyraźniej bezcelowe. Jack nie zamierzał sobie odpuścić tej rozmowy, była tego pewna.
- Rozumiem - chłopak podszedł bliżej, a ja zmarszczyłam czoło, zastanawiając się co on kombinuje. Nikogo nie było w tym dziale Biblioteki, więc...
- O co chodzi? - zapytałam, próbując zapanować nad drżeniem w głosie i odwróciłam się do niego, darując sobie poszukiwanie książki, której w tej sytuacji z pewnością bym nie znalazła. Miałam wrażenie, że powierze między nami jest naelektryzowane emocjami, więc stałam tak bez ruchu, czekając na jego następny ruch.
- Chodzi o to, że... - urwał, podchodząc jeszcze bliżej i tym samym sprawiając, ze stałam opierając się o półkę z książkami. Nasze twarze znajdowały się niebezpiecznie blisko siebie, a mi wcale to nie przeszkadzało, chociaż mój rozum podpowiadał mi, żeby natychmiast go odepchnąć.
- Chodzi o to, że chciałem się dowiedzieć - podjął wątek, dotykając moich włosów delikatnie, co, nie ukrywam, sprawiło mi dużą przyjemność - czy nie zmieniłaś może zdania co do Balu Bożonarodzeniowego? - zapytał
Nie wiedziałam, gdzie mam skierować swój wzrok. Byłam pewna, że jeśli spojrzę Jack'owi w oczy, to zupełnie stracę głowę. Gdzieś w mojej głowie pojawiło się imię Ron'a, który z pewnością czekał na mnie w Pokoju Wspólnym Gryfindor'u, ale szybko wyparowało ono z mojej głowy, gdy Jack ujął moją twarz w swoje dłonie.
- Nie bój się na mnie spojrzeć, przecież nic ci nie zrobię, Hermiono - szepnął, jeszcze bardziej przybliżając się do mnie.
Kiedy jednak uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy, on schylił się nieco i pocałował mnie delikatnie aczkolwiek stanowczo, co sprawiło, że moje serce omało nie wyskoczyło mi z piersi. Kiedy przestał uśmiechnął się do mnie figlarnie, a jego oczy mówiły, że to jeszcze nie koniec. Oblizałam nerwowo usta, ponieważ nie byłam w stanie się odezwać, co na pewno mu pochlebiało.
- J-ja... - zaczęłam, dotykając jego twarzy drżącą dłonią, marząc o tym, by ponownie poczuć smak jego ust, a on potraktował to jak zachętę, bo ponownie się nachylił i nasze usta złączyły się.

* * *

Siedziałam w fotelu, patrząc jak zahipnotyzowana w tańczące w kominku płomienie. Bolała mnie głowa od nadmiaru myśli. Byłam w kropce. Zastanawiałam się właśnie czy nie uciec z Hogwartu (bardzo kusząca myśl), kiedy przez dziurę w portrecie przeszedł Ron, a za nim Harry, którzy wyglądali na dosyć zaaferowanych. Moją pierwszą myślą było - dowiedzieli się. Ale po chwili uspokoiłam się, bo przecież skąd mieliby się dowiedzieć o mojej schadzce z Jack'iem? On z pewnością im o tym nie powiedział!
- Cześć, Hermiono - powiedzieli równocześnie, a Ron dodał:
- Szukaliśmy cię wszędzie, gdzie byłaś?
- W bibliotece - odparłam, uśmiechając się nieco sztucznie, bo chociaż wcale nie kłamałam, to doskonale wiedziałam, że gdyby Ron dowiedział się prawdy, to już nigdy w życiu by się do mnie nie odezwał. Ani w tym, ani w następnym, ani w żadnym innym.
- A nie mówiłem, że gdzieś tam jest - mruknął cicho Harry, siadając w wolnym fotelu obok mojego, ale posłał mi takie spojrzenie, że przez chwilę pomyślałam, że nas zobaczył, ale postanowiłam zmienić temat.
- A ty nie masz przypadkiem treningu? - zapytałam Rona, który również usadowił się przy kominku, żeby się ogrzać, bo ostatnimi czasy w zamku zrobiło sie nieco chłodno.
- Nie, beznadziejna pogoda, nic nie widać w tym śniegu, więc trening został odwołany - odparł, ale wcale nie wydawał się tym faktem zasmucony. Cały czas utwierdzał się w przekonaniu, że jest beznadziejny, co Harry'ego doprowadzało do szewskiej pasji. - Mam nadzieję, że jutro nie będzie już tak sypać, bo nie dostaniemy się do Hogsmeade! - dodał, wygodniej rozsiadając się w fotelu i oblizał usta na samą myśl o wizycie w Trzech Miotłach i smacznym kremowym piwie, które tam serwowano.
- Och, faktycznie! Całkiem o tym zapomniałam... Tyle się ostatnio działo - powiedziałam, a Ron zarumienił się nieco, bo chyba pomyślał, że mówię o naszym pocałunku w dormitorium. Hm, cóż, tak, o to również mi chodziło. Ale przecież nie tylko o to.
Harry zaśmiał się cicho, a po chwili cała nasza trójka śmiała się głośno i żaden z nich nawet nie podejrzewał, co działo się w mojej głowie.


skomentuj (0)


* * * * * *


#7. Ron

Siedziałam w fotelu, tępym wzrokiem patrząc na tańczące w kominku płomienie. Nie zauważyłam kiedy podszedł do mnie Harry.
- Hermiono... - powiedział cicho, dotykając mojego ramienia i siadając w fotelu stojącym obok. Spojrzałam na niego oczami pełnymi łez, niezdolna do wyduszenia z siebie jakiegokolwiek słowa.
- Hermiono, proszę, nie płacz - Harry objął mnie i otarł wierzchem dłoni łzę, która spłynęła mi po policzku.
- Harry - wydusiłam z siebie - jak mogę nie płakać? Czy wiesz... - zaczęłam, ale chłopak przerwał mi stanowczym ruchem ręki.
- Ron wszystko mi opowiedział - rzekł, milknął na chwilę, jak gdyby zastanawiał się na czymś głęboko. Ponownie skierowałam wzrok w stronę kominka i zapytałam cicho:
- Myślisz, że mi wybaczy?
- Hermiono, jesteście przyjaciółmi. On już żałuje tego, jak cie potraktował, ale dobrze wiesz z jaką trudnościa przychodzi mu przepraszanie - powiedział, uśmiechając się lekko.
- Ale to nie zmienia faktu, że... - zaczęłam, ale przyjaciel znów mi przerwał.
- Poczuł się bardzo zraniony... Co oczywiście go nie usprawiedliwia - powiedział szybko - ale jednak jest jakąś okolicznością łagodzącą jego postępowanie.
- Jesteś jego najlepszym przyjacielem, to oczywiste, że trzymasz jego stronę - burknęłam, nieco obrażona. Harry uśmiechnął się lekko, jednak ja nie dostrzegałam w zaistniałej sytuacji nic zabawnego.
- Hermiono - powiedział po chwili ciszy - ja tylko mówię jak poczuł się Ron, gdy mu oznajmiłaś, że na święta pojedziesz do Bułgarii. Do Wiktora. Jest w tobie zakochany, więc chyba sama rozumiesz dlaczego zareagował tak, a nie inaczej - dodał. Spojrzałam na niego, milcząc i zastanawiając się nad tym co przed chwilą powiedział.
- Uważasz, że powinnam olać Wiktora i...
- Hermiono, jeżeli jeszcze nie zauważyłaś, to wybór należy wyłącznie do ciebie - przerwał mi po raz trzeci Harry, czym nieco mnie zirytował. - Uważam jednak, że powinnaś porozmawiać z Ronem. Niech on sam powie ci co czuje, bez obraźliwych epitetów, które usłyszałaś od niego wczoraj wieczorem. Idź do niego.
- Słucham? - byłam zdumiona słowami Harry'ego. - Harry, czy nie sądzisz, że za wcześnie na takie rozmowy?
- Hermiono, myślę, że to właściwy czas. Inaczej już zawsze będziecie czuli się w swoim towarzystwie skrępowani. Idź do niego - powtórzył. - Jest teraz w dormitorium, kolejny raz zasymulował ból brzucha - uśmiechnął się lekko i ja również nie mogłam się powstrzymać, by tego nie zrobić. Wstałam powoli z fotela, otrzepując czarną szatę i kierując się w stronę krętych schodów do chłopięcego dormitorium. Odwróciłam się jednak do Harry'ego i spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam:
- Dziękuję ci.
Harry skinął głową i uśmiechnął się szeroko, mówiąc:
- Wszystko będzie dobrze.

* * *

- Ron? - zapytałam, wchodząc powoli do chłopięcej sypialni. Rudowłosy chłopak leżał na swoim łóżku, przeglądając starą książkę, jednak na dźwięk mojego głosu wyskoczył z łóżka i podszedł do mnie z niewyraźną miną.
- Ron, ja... - chciałam wytłumaczyć mu powody mojego postępowania, chciałam by mi wybaczył, ale chłopak schylił się i pocałował mnie w usta. Spojrzałam na niego zdumiona, nie spodziewając się takiej reakcji z jego strony. Po chwili jednak całowaliśmy się tak namiętnie, że gdy przerwaliśmy, z trudem łapaliśmy oddech.
- Hermiono - zaczął Ron, spoglądając na mnie z nieco zakłopotanym wyrazem twarzy - ja naprawdę nie chciałem wczoraj tego wszystkiego powiedzieć...
- Nie pojadę - przerwałam mu stanowczo. Chłopak zamrugał szybko oczami, chyba nieco go zaskoczyłam. Położyłam dłoń na jego policzku i spojrzałam mu prosto w oczy:
- Ron, nie chcę stracić tego co nas łączy, nawet jeżeli ma to być zwykła przyjaźń - powiedziałam cicho. - Wybacz, że cię zraniłam...
Widziałam, że Ron nie ma pojęcia co mi na to odpowiedzieć, więc uśmiechnęłam się do niego zachęcająco. Chłopak odetchnął głęboko i również odwzajemnił mój uśmiech.
- Myślisz, że będzie dobrze? - zapytał.
- Na pewno - odpowiedziałam. - Jeżeli nie zauważyłeś, to przed chwilą daliśmy upust naszym, raczej pozytywnym, emocjom.
Chłopakowi poczerwieniały uszy i otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz ja już wiedziałam o co mu chodzi, więc powiedziałam szybko:
- Bardzo chcę pójść z tobą na bal, Ron.
Rudzielec przyciągnął mnie do siebie i nasze usta ponownie się zetknęły. Nareszcie mogłam powiedzieć, że niczgo nie żałuję.

* * *

Po tym zajściu cała nasza trójka nareszcie odzyskała dobry humor. Nie mam pojęcia czy Harry wie dokładnie co wydarzyło się w sypialni chłopców między mną, a Ronem, ale domyślałam się, że rudzielec nie omieszkał mu się pochwalić. Czułam się nieco zakłopotana, gdy jeszcze tego samego dnia siedzieliśmy w milczeniu we trójkę w pokoju wspólnym, a i Ron, i Harry spoglądali na mnie z uśmiechem. Tak, Harry na pewno wiedział wszystko. Całkiem zapomniałam o obietnicy danej Wiktorowi, że przyjadę do niego na święta Bożonarodzeniowe i gdy dwa dni później otrzymałam od niego list w porze śniadania, znów ogarnęły mnie wątpliwości. Widząc, że przyjaciele zatopieni są w zażartej dyskusji, wyciągnęłam złożoną kartkę z koperty, rozprostowałam ją i zaczęłam czytać.

Kochana Hermiono,
bardzo cieszę się, że doszłaś do wniosku, że należy ratować to, co jest między nami!
Rozmawiałem już z rodzicami, oboje bardzo ucieszyli się na wiadomość, że w końcu będą mogli Cię poznać!

Uśmiechnęłam się smutno, gdy pomyślałam, jakiego rozczarowania dozna Wiktor, gdy dowie się, że nie przyjadę.

Mam nadziję, że szybko napiszesz mi kiedy przybędziesz, bowiem nie mogę się doczekać, b znów Cię ujrzeć, Hermiono. Nawet nie wiesz, jak bardzo stęskniłem się za Tobą i Twoim dotykiem...
Do zobaczenia,

Twój kochający Wiktor

Zakrztusiłam się dyniowym sokiem, a Ron i Harry spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Co się stało? - zapytał Harry i zauważył na trzymaną przeze mnie kartkę. Ron spojrzał na mnie z przestrachem, bo już domyślił się, kto do mnie napisał.
- To list od Kruma - powiedział cicho. Skinęłam głową, niepatrząc na nich. Po chwili jednak uśmiechnęłam się lekko i zgniotłam w kulkę trzymany w dłoni list. Nie mogłam pozwolić, by stosunki między nami znów uległy pogorszeniu. Muszę sama ponieść konsekwencje swojej decyzji.
- Zapomnijmy o tym - powiedziałam, chowając papierową kulkę do kieszeni szaty. - Lepiej kończcie śniadanie, bo zaraz musimy iść na transmutację - dodałam, by zmienić temat. Przyjaciele uśmiechnęli się lekko.
- Oj, Hermiono - zaśmiał się Harry, wstając i po chwili cała nasza trójka opuszczała Wielką Salę śmiejąc się do rozpuku, nie zwracając uwagi na zdziwione miny innych uczniów.


skomentuj (0)


* * * * * *


#6. Decyzja

Spacerowałam dzisiaj po błoniach z nowym listem w kieszeni. Od Wiktora.



Hermiono! Poznałem kogoś, nie ukrywam. Jednak skąd mam wiedzieć, co czuję? W moim sercu już od dawna jesteś tylko Ty. Musimy się jak najprędzej zobaczyć, dłużej tego nie wytrzymam. Mój wyjazd do Londynu bardzo zmętniał i nawet nie wiem, czy jest taka możliwość. Jeżeli chcemy uratować to, co pomiędzy nami jest - przyjedź do mnie na święta. Spędzimy je razem i zobaczymy, czy między nami tli się jeszcze uczucie. Odpisz prędko! Bardzo Cię kocham, Hermiono i nie chcę tego stracić.

Twój Wiktor





I co ja mam teraz zrobić? Z czego mam zrezygnować? Ron i Harry zauważyli moje - trwające już od kilku dni - przygnębienie, jednak ani jednemu, ani drugiemu nie udało się mnie rozgryźć. Kiedy Ron wspomina o Balu, ja patrzę w bok, a on milknie i już nic nie jest takie jak kiedyś. Ja wiem co czuje on, ale on nie zna moich uczuć. Jeżeli nie pojadę, Wiktor uzna, że już mi nie zależy, stopniowo nasza korespondencja będzie się przerzedzać, aż w końcu zniknie bezpowrotnie, ale my tą stratę będziemy odczuwać podczas długich jesiennych wieczorów, kiedy to siedzi się z kubkiem kakao i wspomina stare dzieje. Z drugiej strony wyjazd oznacza zranienie najlepszego przyjaciela, który niewiadomo jak długo czekał na tą chwilę. Moje życie jest teraz pełne pytań, wahania i rozmowy z własnymi uczuciami. Kto wygra?




* * *




- Hermiono, masz nam natychmiast powiedzieć co się z tobą dzieje - zaczął Harry, kiedy tylko pojawiłam się nazajutrz w Pokoju wspólnym. Oczy miałam podkrążone, gdyż całą noc rozmyślałam. I podjęłam decyzję - miejmy nadzieję, że słuszną.

- Harry, proszę cię, nie teraz. Mam mnóstwo roboty, a na dodatek dzisiaj sprawdzian z eliksirów! Lepiej się przygotujcie. Ron długo mi się przyglądał, ale unikał mojego spojrzenia.

- Ron, nie zachowuj się tak. Co jak co, ale teraz najbardziej potrzebuję twojej przyjaźni i zrozumienia - powiedziałam powoli, po czym wyszłam przez dziurę w portrecie. Zdążyłam tylko usłyszeć, jak rudzielec mówi do Harry'ego:

- Przyjaźni? Mogę jej dać o wiele więcej.

Tylko że ja już zdania nie zmienię, koniec, kropka. Niezależnie od tego, co się wydarzy.



Drogi Wiktorze,

poznałam kogoś również, muszę to napisać. Ma na imię Jack i lubię go. Umbridge zgodziła się też na urzędenie Balu Bożonarodzeniowego, zgadnij kto mnie zaprosił! Pamiętasz może mojego przyjaciela, Rona? Tak, to właśnie o niego chodzi. Poprzednim razem był wściekły, że to właśnie z Tobą poszłam, choć on wcale nie kwapił się, żeby mnie zaprosić. W tym roku zdobył się na odwagę, a ja powiedziałam: tak. Wierzę jednak, że wszystko się między nami ułoży, kochany, dlatego zgadzam się. Przyjadę do Ciebie na święta i mam nadzieję, że docenisz moje poświęcenie oraz ryzyko, które podejmuję. Bardzo za Tobą tęsknię i z niecierpliwością czekam na odpowiedź. Święta przecież już tuż tuż, a ja muszę zawiadomić rodziców i jeszcze poroznmawiać z Ronem - tego boję się najbardziej.

Hermiona




Szybko wysłałam list, choć ręka drżała mi, gdy przywiązywałam go do nóżki szkolnej sowy. Co teraz będzie?




* * *




- Ron, muszę z tobą o czymś porozmawiać - zaczęłam, siedząc w fotelu przy kominku i korzystając z nieobecności Harry'ego (powiedział, że musi KONIECZNIE zobaczyć się z Hagridem, a my z Ronem jakoś nie mieliśmy na to ochoty. Albo raczej - ja nie miałam, a rudzielec po prostu chciał dotrzymać mi towarzystwa).

- Mam nadzieję, że teraz poznam powodu twojego zachowania. Już nie wiem co o tym sądzić. Najpierw godzisz się iść ze mną na Bal, a później kompletnie unikasz rozmowy o tym. Wcale nie chcesz mieć mnie za partnera, dobrze myślę? Ten cały Jack pobija mnie przecież na głowę. Przystojny, mądry i wcale nie taki zły, jak na Ślizgona.

- Nie. Tutaj chodzi o Wiktora... - powiedziałam cicho.

skomentuj (2)


* * * * * *


#5. Rozmowa

Biblioteka
Żadne z nas nie poruszało już przez jakiś czas tematu Balu Bożonarodzeniowego.
A za mną ciągle chodził Jack, pytając się czy pójdę z nim czy nie. Szczerze mówiąc najbardziej chciałabym pójść z Wiktorem, ale... Niestety, Umbridge powiedziała, że to będzie TYLKO szkolny bal. Ron starał się na mnie nie patrzeć, kiedt profesor McGonagall spisywała uczniów, którzy pozostają w Hogwarcie na święta. Długo się nad tym zastanawiałam, ale w końcu - po namowach Harry'ego - wpisałam się na liste. Czyżby Harry coś wiedział?
Ostatnio on i Ron często we dwoje znikali w bibliotece. Mówili, że nadrabiają zaległości, ale kto by im wierzył?
Pewnego popołudnia wybrałam się z nimi, ale Ron po piętnastu minutach zaciągnął Harry'ego w jakiś odległy zakątek.
Zaintrygowana udałam się za nimi, uważając jednak by mnie nie zauważyli.
- I co, zdecydowałeś się? - zapytał Harry.
Wstrzymałam oddech.
- Słuchaj Harry, ona lubi Kruma, a teraz na dodatek ten Ślizgon. Chyba nie mam szans.
- Ale przecież ona sama stwierdziła, że czaka na kogoś... INNEGO. Przecież wiesz, że chodzi o ciebie.
- Tak, ale...
- Ale?
- Jeśli zmieniła zdanie? I mnie wyśmieje?
- Jak jej nie zaprosisz, to przestanę się do Ciebie odzywać.
- Ale...
- Ron, ty ją kochasz!
O MÓJ BOŻE, pomyślałam. Nie wiem czy to możliwe by myśleć dużymi literami, ale mi się udało. A na dodatek kolorowo. Ron mnie kocha?... Ale ja kocham? Wiktora.
- Harry, masz rację. Jeszcze dzisiaj ją zapytam.
- No!
Prędko wróciłam do stolika i udałam, że jestem pogrążona w lekturze.
Tymczasem Ron i Harry wrócili, nie odzywając się ani słowem. Mam nadzieję, że mnie nie zauważyli.
Pokój wspólny
- Hermiono? - zapytał niepewnie Ron, kiedy właśnie czytałam ksiązkę o magicznych stworzeniach - chociaż nie twierdzę, że mnie to zainteresowało.
"Hipogryfy są jednymi z najdziwniejszych stwoerzeń. Mają tułowie, tylnie nogi i ogon koni, a przednie nogi, głowy i skrzydła olbrzymich orłów z zakrzywionymi dziobami o stalowej barwie i wielkimi, błyszczącymi..."
- Hermiono, chciałbym cię o coś zapytać.
"... I wielkimi, błyszczącymi, pomarańczowymi oczami. Pazury ich przednich nóg marzą pół stopy i wyglądają naprawdę groźnie. Ich pióra mają różne barwy - ciemnoszare, brązowo, kasztanowe, kruczoczarne, a nawet różowe!
Hipogryfy to stworzenia bardzo honorowe..."

- Długo nad tym myślałem i...
"Hipogryfy to stworzenia bardzo honorowe - lubią gdy odnosi się do nich z szacunkiem. W przeciwnym razie mogą się bardzo..."
- Czy...
... Zdenerwować!
- Pójdziesz ze mną na Bal?
Spojrzałam na Rona. Rudzielec wpatrywał się w kominek.
- Ron?
- Mhm.
- Tak, pójdę z tobą na Bal.
Chłopiec spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Naprawdę?
-Nie, na niby - zażartowałam. Oczywiście, że naprawdę! Tylko musisz mi coś obiecać.
- Co takiego?
- Będziesz ze mną tańczył - oświadczyłam.
- No... Dobrze - zgodził się Ron. - A co z tym Ślizgonem?
- CO? Ale ja byłem pierwszy! - krzyknął rozzłoszczony Jack.
- Naprawdę mi przykro... Nie chciałam, żeby tak wyszło.
Jack spojrzał na mnie.
- Czy ty mnie w ogóle lubisz? - zapytał.
- No jasne! Jesteś przecież miły.
- A czy mogę cię o coś prosić?
- O co?
- Zatańczysz ze mną?
- Teraz?
- Na Balu! - powiedział brunet. - Zarezerwujesz dla mnie jeden taniec?
- Oh...
- Proszę - Jack wyszczerzył zęby.
- No dobrze.
- A tak w ogóle to z kim idziesz?
- Z Ronem - odparłam zmieszana.
- Ah - chłopak zamyślił się. - A dlaczego on, a nie ja?
- Bo w zeszłym roku nie zdążył tego zrobić. Zaprosił mnie Krum...
- To TY byłaś tą dziewczyną w niebieskiej sukience?
Zarumieniłam się i przytaknęłam.
Brunet zaniemówił.

skomentuj (3)


* * * * * *


#4. Zaproszenie

W drodze do sali, w której odbywała się lekcja Transmutacja, natrafiłam (ku mojej rozpaczy) na Snape'a, który zmierzał w tylko sobie znznaym kierunku, ale gdy tylko ujrzał mnie na korytarzu, przystanął i zlustrował moją osobę nieprzyjaznym wzrokiem. Chciałam go zręcznie wyminąć, mamrocząc po cichu "dzień dobry", ale sprawnie zastąpił mi drogę i zapytał:

- Co ty tutaj robisz, Granger? Nie na lekcji? - uśmiechnął się złośliwie, co sprawiło, że po moich plecach przebiegł delikatny dreszcz, ale miałam nadzieję, że uda mi się pokazać po sobie jak bardzo było mi nie na rękę to spotkanie sam-na-sam.

- Właśnie tam zmierzam - odparłam, zerkając na zegarek, by sprawdzić ile trwa już moje spóźnienie. Nauczyciel Eliksirów najwyraźniej mi nie uwierzył, bo chwycił mnie mocno za przedramię i syknął:

- Ostrzegam cię, jeśli coś kombinujesz... Ty albo twoi przyjaciele... to gorzko tego pożałujecie.

Spojrzałam mu prosto w oczy i zacisnęłam usta ze zdenerwowania. Jeszcze tego mi brakowało do szczęścia, bezpodstawnych oskarżeń ze strony Snape'a. Przyszło nam żyć w czasach, gdzie każdy każdemu patrzy na ręce.

- Niech pan wybaczy, ale naprawdę spieszę się na lekcję - powiedziałam, czując że mój głos lekko drży i wyswobodziłam rękę z jego nieprzyjemnego uścisku. - Zapewniam, że chcę jedynie jak najprędzej znaleźć się w sali - dodałam, mając nadzieję, że na tym zakończy się nasza rozmowa. Mężczyzna chwilę przyglądał mi się w milczeniu, ale po minucie ciszy zszedł mi z drogi, a na pożegnanie rzucił:

- A idźże. Ale pamiętaj, że mam was wszystkich na oku - ja jednak biegłam już korytarzem, złożecząc na niego w myślach.




* * *




- Witamy, panno Granger. Miło, że pani do nas dołączyła - przywitała mnie profesor McGonagall, gdy tylko przekroczyłam próg klasy Transmutacji.


- Przepraszam za spóźnienie, zostawiłam książkę w bibliotece, a potem... - zaczęłam się tłumaczyć, jednocześnie próbując złapać oddech po przebytym przed chwilą dystansie, ale profesor McGonagall przerwała mi gestem dłoni i kazała usiąść na miejscu.
Klapnęłam tuż obok Parvati, zręcznym ruchem wyciągnęłam z torby podręcznik i położyłam go na blacie ławki, obok kałamarza wypełnionego granatowym atramentem. Wzięłam głęboki oddech i zwróciłam swój wzrok ku nauczycielce, która najwidoczniej czekała, aż skończę jej przeszkadzać.

- No dobrze, skoro już wszyscy są obecni, możemy zaczynać. Ale najpierw chcę poruszyć pewien temat... - kąciki jej ust zadrżały lekko - a mianowicie temat Balu Bożonarodzeniowego, o którym na pewno już słyszeliście.

Parvati zakryła sobie ręką usta, a ja tylko pokręciłam głową nieco zirytowana. Ten cały Bal wydawał się dosyć podejrzanym wydarzeniem, ale większość uczniów z pewnością nie zdawało sobie z tego sprawy. Spojrzałam na Rona, ale ten wpatrywał się w okno, a kiedy podchwycił moje spojrzenie, posłał mi nieco nerwowy uśmiech.

- Jak wam wiadomo profesor Umbridge wydała pozwolenie na zorganizowanie Balu Bożonarodzeniowego i chcę, żebyście zrozumieli iż może to być jakiś chytry podstęp, by wyciągnąć od was jakiekolwiek informacje - tu spojrzała ostro na Harry'ego, który zmieszał się lekko i wzruszył jedynie ramionami. - Jak wiecie, nie jest to tradycja Hogwartu, a zeszłoroczny Bal był po prostu dodatkiem do Turnieju Trójmagicznego, dlatego uważajcie z kim rozmawiacie i o czym. Albo raczej uważajcie na Umbridge. Przepraszam, profesor Umbridge - pokręciła zniesmaczona głową, żeby zaakcentować charakter emocji, które wzbudzała w niej nauczycielka Obrony Przed Czarną Magią.

- Czy tak jak w tamtym roku przyjadą do nas uczniowie z innych szkół? - zapytała Parvati, uśmiechając się głupkowato, jakby przed chwilą nie usłyszała tego co powiedziała profesor McGonagall.

- Nam, nauczycielom, nic o tym nie wiadomo, dlatego proszę, nie róbcie sobie na to nadziei - odparła kobieta, odwracając się twarzą w stronę tablicy, więc nie zobaczyła zawiedzionych min dziewcząt, które najwidoczniej miały ochotę na odwiedziny chłopców z Durmstrangu. Nie ukrywam, mi też przyszła taka myśl do głowy - w końcu to oznaczałoby wizytę Wiktora w Hogwarcie, co niewątpliwie znów rozzłościłoby Ron'a.

Przez resztę lekcji Gryfoni zasypywali profesor McGonagall pytaniami dotyczącymi Balu (chociaż ona usilnie próbowała przywrócić w klasie porządek i poprowadzić normalną lekcję), więc mogłam spokojnie opowiedzieć Harry'emu i Ronowi o tym co powiedział mi Snape podczas naszego przypadkowego spotkania na korytarzu.

- Myślisz, że coś podjerzewa? Na przykład spotkania GD? - zapytał szeptem Harry, który bardzo przejął się tym co mu powiedziałam. Ja również o tym pomyślałam, że wolałam poczekaćna ich sugestie.

- Też mi to przyszło do głowy, ale przecież sam wiesz, że bardzo uważamy - pokręciłam głową. Mój pomysł ze złotymi galeonami był dopracowany w stu procentach, więc dopóki nikt się nie wygadał, mogliśmy być spokojni.

- Masz rację - odetchnął z ulgą Harry i spojrzał na Ron'a, oczekując od niego jakiejś reakcji, ale on w milczeniu wpatrywał się w tłum dziewcząt, które otoczyły profesor McGonagall i najwidoczniej bardzo ciężko się nad czymś zastanawiał.

- Ron, dobrze się czujesz? - zapytał chłopak, marszcząc czoło i trącił przyjaciela łokciem. Rudzielec zamrugał szybko i rzucił nam nieco zdziwione spojrzenie.

- Tak, tak, oczywiście... - odparł dosyć mało przekonująco, a my nie mieliśmy możliwości zadania mu kolejnych pytań, ponieważ profesor McGonagall oznajmiła twardo, że koniec tych wszystkich pytań i teraz czas na przejście do tematu lekcji, którą dla nas przygotowała. Wróciłam na miejsce obok Parvati, a po chwili zagłębiłam się w dziewiątym rozdziale podręcznika...




* * *




Po wyjściu z klasy udaliśmy się całą trójką na parter, do Wielkiej Sali, bo właśnie miał być podawany obiad. Ron od razu zaczął zastanawiać się na głos co skrzaty domowe przygotowały na dzisiaj, ale ucichł, gdy zgromiłam go spojrzeniem. Już miałam rzucić jakąś ciętą uwagę odnośnie ich nieudzielania się w WESZ, ale usłyszałam, że ktoś woła mnie z oddali. Odwróciłam się, próbując zlokalizować wołający mnie głos i wśród tłumu uczniów zmierzających do Wielkiej Sali spostrzegłam Jack'a.

- To teraz przyjaźnisz się nawet ze Ślizgonami? - zapytał Harry i Ron jednocześnie, a ja otworzyłam usta ze zdumienia, bo naszywka na jego szacie faktycznie wskazywała na to, że chłopak jest ze Slytherinu.

- Masz chwilę?
- zapytał Jack, który w końcu przecisnął się przez tłum i stanął obok mnie, uśmiechając się szeroko.

- J-jasne... - odparłam i dałam odciągnąć się nowemu znajomemu na bok, pozostawiając dwójkę przyjaciół tuż obok schodów w dół. Rzuciłam im krótkie spojrzenie, ale oni tylko wptrywali się w nas jak zaklęci i widocznie stwierdzili, że na mnie zaczekają, bo nie ruszyli się ani na krok. Westchnęłam lekko i spojrzałam na Ślizgona, posyłając mu delikatny uśmiech.

- O co chodzi? - spytałam, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów, a drugą dłoń włożyłam do kieszeni szaty i zacisnęłam ją mocno ze zdenerwowania. Sama nie wiedziałam dlaczego tak emocjonalnie podchodziłam do tej rozmowy.

- Chodzi o Bal, który niedługo ma się odbyć w Hogwarcie... - zaczął powoli, a ja zaczęłam modlić się w duchu, żeby nie zadał mi pytania, o którym właśnie pomyślałam. - Wiem, że dopiero co się poznaliśmy, ale może wybrałabyś się na niego ze mną? - dokończył, posyłając mi kolejny uwodzicielski uśmiech, od którego na pewno mdlały jego koleżanki. Stałam przez chwilę w milczeniu, nie wiedząc co mu odpowiedzieć, ale on z pewnością był już przekonany, że przystanę na jego propozycję.

- Jesteś ze Slytherinu - wydusiłam z siebie w końcu i zarumieniłam się od razu, czując się jak ostatnia idiotka. Dlaczego to powiedziałam? Przecież zawsze twierdziłam, że przyjaźń między czarodziejami nie powinna zważać na czystość krwi czy dom, z którego się pochodziło. Jack widocznie był lekko zbity z tropu moją odpowiedzią, bo przez chwilę się nie odzywał, ale kiedy na niego spojrzałam, na jego twarzy wciąż gościł uśmiech.

- Jak widać - powiedział i zaśmiał się krótko. - Rozumiem, że to dla ciebie problem, nie ma sprawy - wzruszył ramionami i najwidoczniej chciał odejść, ale chwyciłam go za ramię i uśmiechnęłam się przepraszająco.

- Wybacz, nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało - zaczęłam się tłumaczyć, nie spuszczając z niego wzroku. - Po prostu po tym wszystkim co się ostatnio działo... A poza tym ta relacja pomiędzy Ślizgonami a Gryfonami... - urwałam, nieco zmieszana. Ciemnowłosy chłopak westchnął cicho, ale pokiwał głową, co oznaczało, że zrozumiał o co mi chodziło. Wiedziałam jednak, że teraz będę musiała odpowiedzieć na zadane przez niego pytanie.

- Bardzo chętnie wybrałabym się z tobą na Bal - zaczęłam mówić, sama nie wierząc, że te słowa wypływają z moich ust - ale niestety narazie muszę odmówić. Muszę dać szansę komuś, kto chciał mnie zaprosić na zeszłoroczny Bal, ale nie starczyło mu odwagi - dodałam, znowu się rumieniąc. Jack'owi nie spodobała się moja odpowiedź, ale widząc moją minę wiedział, że nic więcej tutaj nie wskóra.

- No dobrze. Ale pamiętaj, że gdyby to nie wypaliło, moja oferta jest nadal aktualna - uśmiechnął się, a gdy odzwajemniłam jego uśmiech pożegnał się ze mną i ruszył razem z resztą uczniów na dół. Ja stałam tak jeszcze chwilę bez ruchu, rozmyślając o tym co się właśnie stało, ale w końcu musiałam wrócić do przyjaciół, którzy w dalszym ciągu na mnie czekali.

- To co, idziemy na obiad? - rzuciłam beztrosko, ciągnąc ich za sobą w dół.

- Czy teraz powiesz nam łaskawie KTO to był i JAK go poznałaś? - zapytał Ron obrażonym tonem.


- To... Jack. Wpadłam na niego dzisiaj w bibliotece - odpowiedziałam obojętnym tonem, chociaż wcale nie podobało mi się to przesłuchanie.

- Więc to dlatego się spóźniłaś! Podrywałaś Ślizgona! - zawołał Ron, który nie chciał dać za wygraną. Nie wiem czego ode mnie oczekiwał. Że rzucę się przed nim na kolana i zacznę go przepraszać za krótką rozmowę ze Ślizgonem?

- Nie zauważyłam, że należy do Slytherinu - odparłam zgodnie z prawdą, patrząc na swoje krótko opiłowane paznokcie, z których obłaził lakier bezbarwny.

- Czego on chciał? - zapytał Harry, który na całą tą sytuację zareagował spokojnie, ale doskonale wiedziałam, że jemu również się to nie podobało.

- Zaprosić mnie na Bal, ot co! - krzyknęłam wściekła, mając już dosyć tych wszystkich pytań.

- I co, zgodziłaś się? Nie żeby mnie to interesowało...
- zapytał Ron, który nagle zrobił się bardzo czerwony, a jego zmrużone oczy wpatrywały się we mnie ze złością.

- Jak cię to nie interesuje, to po co pytasz? - przystanęłam i spojrzałam na niego nieco wyzywająco. Oni również przystanęli, chociaż Harry najwidoczniej wcale nie chciał być świadkiem tej wymiany zdań, bo nagle dostrzegł Ginny i pobiegł za nią, nawet nie próbując się przed nami wytłumaczyć.

- Tak jakoś... To zgodziłaś się, czy nie?
- rudzielec nadal obstawał przy swoim.

- Powiedziałam mu, że się zastanowię. Kto wie, może ktoś inny odważy się mnie zaprosić - spojrzałam na niego znacząco, a on zrobił głupią minę. - Ale jeżeli tak się nie stanie, to owszem, pójdę z Jack'iem na Bal, niezależnie od tego czy wam się to podoba, czy nie - dodałam i ruszyłam przed siebie, zostawiając przyjaciela daleko w tyle. Moje słowa chyba dały mu do myślenia.

skomentuj (5)


* * * * * *


#3. Bal

- O co Ci chodziło? - zapytał Ron, gdy dotarliśmy do Wielkiej Sali i zajęliśmy miejsca przy naszym stole.


- O nic... - odparłam trochę za szybko. Widocznie Ronowi wydało się to podejrzane, bo zmarszczył nos, jakby nękał go jakiś przykry zapach, ale w końcu nic nie odrzekł.


- O, idzie Harry - powiedziałam. - Szybko ci poszło - dodałam, gdy Harry już usiadł i nałożył sobie smażonych ziemniaków.
Chłopak udał, że nie słyszy i łyknął troche soku z dyni, ze swojego pucharu.
Ron zamrugał oczami i powiedział:


- Słuchajcie, a może dzisiaj...


- Odrobicie prace domowe, co? - przerwałam mu ostrym tonem. - Słuchaj Ron, masz nieco wolnego czasu, a chcesz grać w szachy, albo inne bzdury. A potem jęczysz, że nie masz pracy domowej i próbujesz coś ode mnie spisać...


- Chodziło mi o to, że dzisiaj moglibyśmy odwiedzić Hagrida - dokończył rudzielec.
Harry mrugnął do mnie.


- Myślę że tym razem to Hermiona ma racje. Mamy tyle zaległości, że powinniśmy wykorzystać nasz wolny czas bardziej... pożytecznie.
Ron był tak zdziwiony odpowiedzią Harry'ego, że jego oczy wielkością przypominały dwa galeony.


- Na brodę Merlina, Harry, czy jesteś chory?


- Myślę, że Harry po prostu podszedł do sprawy dojrzalej niż ty - odezwałam się.


- Co, znowu macie zamiar się kłócić? - to Ginny zajęła wolne miejsce obok Harry'ego i nałożyła sobie siekanej wątróbki na talerz.


- Nie, skądże - odparował Ron.
I rzeczywiście, po obiedzie cała nasza trójka spędziła resztę dnia w Pokoju Wspólnym odrabiając lekcje i nadrabiając zaległości (chociaż ja zawsze jestem na bierząco). Szczerze mówiąc - byłam bardzo zdziwiona.






* * *




Rano była okropna wichura, która przywiodła ze sobą mnóstwo śniegu. Zabroniono nam nawet wychodzić na błonia oraz odwołano lekcję Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Hagrid był niepocieszony (wiem, bo spotkałam go w zamku), bo podobno chciał nam pokazać "bardzo interesujący okaz magicznego zwierzęcia". Jakoś nie pale się, żeby go zobaczyć, choć nie powiem tego Harry'emu, bo się na mnie obrazi.


- Juchuuu! - usłyszałam pisk dziewczyn z czwartego roku, gdy tylko zeszłam do Pokoju Wspólnego.


- O co chodzi? Wiesz może? - zapytałam Colina, który stał najbliżej mnie.


- Umbridge wydała pozwolenie na Bal Bożonarodzeniowy - odpowiedział Colin swoim piskliwym głosikiem.


- Aż dziw bierze, ona i Bal? - mruknęłam do siebie.


- No, Hermiono, już jesteś - zawołał do mnie Harry, gdy tylko mnie zauważył.


- Taak! Chodźmy na śniadanie! - wykrzyknął radośnie Ron.
Przeszliśmy przez dziure w portrecie i znaleźliśmy się na korytarzu.


- Ciekawa jestem co skłoniło Umbridge do wydania pozwolenia na Bal - powiedziałam do nich.


- Ja też... To chyba taki żeński odpowiednik Lockharta - zaśmiał się Harry, a Ron mu zawtórował:


- Pamiętacie, jakie nam wyprawił walentynki na drugim roku? I te jego bladoróżowe, wrzosowe i kto wie jeszcze jakie szaty! Modniś... - ale urwał, bo gdy doszliśmy do Wielkiej Sali dobiegł nas krzyk Nevilla:


- To niesprawiedliwe, przecież ona nic nie zrobiła!


A potem Malfoya:


- Usłyszałem, jak obraża profesora Snape'a, a że JA jestem PREFEKTEM Slytherinu, to mogę za to odjąć wam punkty. A odejmuję wam ich piętnaście!
Oburzona wbiegłam do Wielkiej Sali. Pośrodku stali Neville i Ginny oraz Malfoy i jego świta.
- A poza tym, co ty jej tak bronisz, hę? Czyżby to twoja DZIEWCZYNA? - zarechotał. - Nie wierze, kto by chciał takiego ciamajde za chłopaka? Chyba tylko jakieś szlamy i charłaki.
- Ty...!
- Nie, Neville! - podeszłam do niego szybko i położyłam rękę na ramieniu. - Stracimy więcej punktów...
- Mądra z ciebie szlama, Granger! Masz już partnera na Bal? - zadrwił.
Mimo woli zarumieniłam się lekko.
- Nie twoja sprawa - warknęłam.
- O, cała zgraja się tu zeszła - powiedział Malfoy patrząc na zbliżających się Rona i Harry'ego.
- Zamknij swoją parszywą gębę - odpowiedział mu Ron rozzłoszczonym głosem.
- Bo co, królu Wieprzleju? - Ślizgon uniósł brwi, czekając na odpowiedź.
- Och, mam tego dosyć... - mruknęłam. - Chodźmy stąd... Ron, chodź - powiedziałam stanowczo, bo rudzielec dalej wpatrywał się w Malfoya nienawistym wzrokiem.
- Co...? Ach... No tak...
Śniadanie upłynęło nam w niezbyt miłej atmosferze. Zaraz po nim czekały nas dwie godziny transmutacji...
- Och! - wykrzyknęłam, gdy byliśmy już w połowie drogi do sali gdzie odbywała się lekcja. - Zapomniałam o jednej książce z biblioteki... Lećcie już, bo się spóźnicie, dogonie was - dodałam i pędem puściłam się po schodach w dół by jak najszybciej dotrzeć do biblioteki.
Po paru minutach podawałam pani Pince tytuł księgi, o którą mi chodzi i już miałam wychodzić, gdy w drzwiach zderzyłam się z jakimś nieznanym mi chłopakiem.
- Ojej, naprawdę mi przykro - powiedziałam szybko, pomagając mu zebrać z posadzki książki.
- Nic nie szkodzi... Każdemu mógł zdarzyć się taki wypadek. Nic ci nie jest? - zapytał nieznajomy.
- Nie, dziękuję - odparłam i wyszłam z biblioteki. Chłopak dogonił mnie.
- Jestem Jack.
- Hermiona - odpowiedziałam. - Wybacz, spieszę się na lekcje, porozmawiamy przy następnej okazji - dodałam i szybko pobiegłam do klasy.
Nie wyobrażam sobie opuścić lekcji, nawet z powodu tak przystojnego bruneta, jak nowo poznany Jack.

skomentuj (8)


* * * * * *


#2. List


Drogi Wiktorze!




Dziękuję Ci za Twój poprzedni list. Ja również za Tobą tęsknię. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że podczas ferii zimowych wybierasz się do Londynu. Jestem ciekawa, czy udałoby Ci się dostać do Hogsmeade podczas jednej z sobót (byłoby wspaniale, prawda?), chociaż nie wiem czy niedługo Umbridge nie zakaże uczniom wypadów do wioski… Sama już nie wiem co o tym wszystkim myśleć. U mnie niewiele się dzieje. Doskonale wiesz jak spędzam większość dnia – na nauce i odrabianiu prac domowych, czasami nie tylko moich.



Czekam na Twoją rychłą odpowiedź! Całuję,




Hermiona




Jeszcze raz przeczytałam napisany przez siebie list i stwierdziłam, że wypadł on zupełnie dobrze, niezbyt nachalnie, ale też nie nazbyt chłodno. W sam raz. Szybko zapieczętowałam kopertę, a następnie zaadresowałam ją, maczając pióro w granatowym atramencie i popędziłam do Pokoju Wspólnego, by poprosić Harry’ego o pożyczenie sowy.



Gdy przeszłam przez dziurę w portrecie, zobaczyłam Rona i Harry'ego grających w szachy, jak zwykle. Ron oczywiście ogrywał przyjaciela, bo w grze w szachy nie miał sobie równych, ale Potter radził sobie już o wiele lepiej niż na pierwszym roku, więc zanadto nie narzekał.



- Harry, czy mogłabym pożyczyć Hedwigę? Jakoś nie mam ochoty brać jednej ze szkolnych... – zapytałam, trzymając w dłoni zaadresowaną kopertę i przygryzając lekko wargę. Spodziewałam się szybkiego odzewu ze strony Ron’a, który ostatnio chodził wiecznie naburmuszony.



- Nadal korespondujesz z Krumem? - zapytał drwiącym tonem Ron, zezując na trzymany przeze mnie list. Zakryłam dłonią adres i wzruszyłam ramionami. Przecież mogę korespondować z kim mi się żywnie zapragnie, on nie ma tutaj nic do tego…



- Nie twoja sprawa – odparłam zgryźliwie. – Ale jak chcesz, to poproszę go o kolejny autograf dla ciebie. Ze zdjęciem – dodałam, patrząc jak przyjaciel krzywi się i wraca do gry, nawet nie trudząc się nad tym, żeby mi odpowiedzieć.



- Jasne - odrzekł Harry, który był już przyzwyczajony do naszych utarczek słownych, więc nie przejmował się nimi za bardzo. - Hermiono, napisałaś już może wypracowanie dla Binnsa? - dodał z nadzieją, odrywając wzrok od szachów i kierując go na mnie.



- Oczywiście, już jakiś czas temu! – zawołałam, ignorując jego błagalne spojrzenie.



- A czy...



- Nie, nie dam wam odpisać! - uprzedziłam jego pytanie i pokręciłam zirytowana głową. Zawsze tak się to kończyło. - Mieliście na to cały tydzień, a teraz nawet nie próbujecie zacząć, tylko gracie w te durne czarodziejskie szachy!



- Dziwne, nie? – mruknął Ron, a widząc moją zdziwioną minę, dodał - Ja ciągle mam treningi, a Harry szlabany u Umbridge! Jakoś dziwnym trafem zabrakło nam czasu, bo mieliśmy inne sprawy na głowie! – z tego wszystkiego aż mu uszy poczerwieniały. - A Ty jesteś taką egoistką, że nawet nie chcesz nam chociaż trochę pomóc!



Skrzywiłam się, bo Gryfoni siedzący w Pokoju Wspólnym zaczęli się nam przysłuchiwać z uwagi i tu i ówdzie zaczynały rozbrzmiewać pierwsze chichoty.



- Mi też wcale nie jest lekko, chyba nie myślisz, że zachowuję się tak, jakbym była na wakacjach? – warknęłam, rozwścieczona całą tą zaistniałą sytuacją. Nie rozumiałam czemu Ron robił z igły widły, ale nie miałam zamiaru dać się wkopać w poczucie winy. – Możecie dalej grać sobie w szachy, ale ja wypracowań za was nie napiszę i kropka. A teraz przepraszam, mam list do wysłania. Do zobaczenia na Historii Magii – powiedziałam już spokojniej i ruszyłam do wyjścia.



Po drodze mimo woli zastanawiałam się ile prawdy jest w tym co mówił Ron. Czyżbym naprawdę była egoistką? Potrząsnęłam głową, odganiając od siebie te nieprzyjemne myśli. Ron Weasley jak zwykle przesadzał.



W drodze do Sowiarni opatuliłam się mocniej szalikiem, bo na dworze mocno wiało dzisiejszego dnia. Ale w sumie nie było się co dziwić, w końcu mieliśmy połowę grudnia. Wchodząc po oblodzonych schodkach o mało co się nie potknęłam, ale szybko odzyskałam równowagę i weszłam do środka. Oprócz ogromnej ilości sów nikogo więcej nie było, na co zareagowałam z ulgą. Gestem przywołałam Hedwigę i sprawnie przywiązałam do jej nóżki kopertę z napisem Wiktor Krum.



- Miłego lotu - szepnęłam, a Hedwiga zahukała głośno, jakby chiała mnie zapewnić, że list na pewno zostanie szybko dostarczony i wyleciała przez ogromne okno, a ja patrzyłam za nią dopóki nie zniknęła za horyzontem.



 



* * *



 



- Witajcie - rozległ się głos profesora Binns'a, gdy usadowiliśmy się w ławkach w klasie na pierwszym piętrze. Ron dalej się na mnie boczył, ale powinno mu przejść do końca lekcji, bo zapewne będzie chciał przepisać ode mnie notatki. W klasie od razu zapanowała senna atmosfera i tylko nieliczni, w tym ja, zapisywali daty oraz wydarzenia, o których opowiadał profesor Binns (czy też raczej jego duch). W sumie ja też nie miałam zbytniej ochoty na skrupulatne notowanie, ale nic innego mi nie pozostawało, bo Harry i Ron grali w statki na jednym z czystych pergaminów.



Pod koniec lekcji nauczyciel rozejrzał się po klasie i rzekł swym monotonnym głosem:



- A teraz proszę o wypracowania... - Moi przyjaciele wymienili przerażone spojrzenia. Czyżby rzeczywiście nic nie napisali? - No, nie ociągajcie się. Accio wypracowania. Zdążyłam dostrzec króciutkie wypracowania nagryzmolone w pośpiechu przez Rona i Harry'ego...



- Hermiono - zaczął powoli Ron, kiedy tylko opuściliśmy klasę - Chciałem Cię przeprosić, wiem, że każdy ma własne problemy i w ogóle... Niepotrzebnie na ciebie tak naskoczyłem – zarumienił się po same końcówki uszu, więc uśmiechnęłam się lekko, bo wiedziałam, że naprawdę jest mu przykro.



- Nie ma sprawy – odpowiedziałam, na co chłopak również się rozpogodził. - Harry, zmieniłeś datę spotkania GD na galeonie? – dodałam, zwracając się do drugiego przyjaciela, wcześniej oczywiście sprawdzając czy nikt za nami nie idzie.



- Oczywiście, wszyscy już powinni wiedzieć, że spotkanie odbędzie się w piątek - uśmiechnął się Harry, chociaż wydawało mi się, że jeszcze przed chwilą myślami był bardzo daleko. Zauważyłam, że ku nam zbliża się Cho, więc powiedziałam tylko:



- Zobaczymy się na obiedzie – i  chwyciłam Rona za rękę, ciągnąc go do Wielkiej Sali. Gdy spojrzałam za siebie, zobaczyłam jak Cho podchodzi do Harry'go.



- Myślisz, że coś z tego będzie? - zapytałam Rona. Rudzielec, nie wiedząc o co mi chodzi posłał mi pytające spojrzenie.



- Nieważne - mruknęłam. - Lepiej chodźmy na ten obiad...



skomentuj (7)


* * * * * *


#1. Nowy początek

Pokój Wspólny
Witajcie! Nazywam się Hermiona Granger i jestem na piątym roku w Szkole Magii I Czarodziejstwa - Hogwarcie. Na często zadawane pytanie co jest dla mnie najważniejsze odpowiadam krótą i zwięzłą wypowiedziedzią: lekcje i oceny. No cóż, może się to wam wydać, że jestem jakąś ześwirowaną kujonką. Dobra, kujonką może tak, ale na pewno nie ześwirowaną. Przez cztery lat przeżyłam więcej przygód niż dorosły człowiek przez całe swoje życie. A zawdzięczam to oczywiście słynnemu Harry'emu Potter'owi i Ronaldowi Weasley'owi, dwóm przyjaciółom, którzy na pierwszym roku uratowali mnie przed trollem (chociaż nie lubię o tym wspominać).
Moi rodzice się w stu procentach mugolami, czyli osobami niemagicznymi. Ot, zwykli dentyści. I kto by pomyślał, że ja dostąpie tego zaszczytu i okażę się w pełni czarownicą - i do tego jedną z najlepszych (nie żebym była jakimś zarozumialcem).
I tak to się zaczęło...

- Hermiono! - usłyszałam Harry'ego, który wchodził właśnie przez dziure w portrecie. Za nim wszedł Ron, chyba w niezbyt dobrym nastroju.
- Tak? - uśmiechnęłam się i zamknęłam czytany przeze mnie podręcznik.
- Widziałaś ogłoszenia? W tę sobotę jest wypad do Hogsmeade.
Przytaknęłam.
Ron, który usiadł w fotelu obok, spojrzał w sufit.
- Ron, wszystko w porządku? - zapytałam.
- Jasne - powiedział markotnym głosem. - Pójdę po podręcznik do Obrony Przed Czarną Magią. Zostawiłem go przypadkowo na łóżku - dodał i wspiął się po schodach, wiodących do chłopięcego dormitorium.
- Co mu się stało? - zapytałam Harry'ego, który najwyraźniej wiedział co dolega rudzielcowi.
- Ron jest wobec siebie bardzo krytyczny - powiedział. - Na śniadaniu biadolił o tym, jaki to z niego fajtłapa. Mówił też, że naprawdę rozważa, czy nie złożyć rezygnacji z Quidditch'a.
- I?
- I co?
- No, co mu powiedziałeś?
- Powiedziałem mu, żeby się zamknął, bo ja chętnie bym się z nim zamienił, teraz, kiedy w ogóle nie mogę dosiąść żadnej miotły - żąchnął się Harry.
Nic nie odpowiedziałam.
- Jestem już, możemy iść. Chociaż mnie wcale nie bawi perspektywa tej lekcji z Umbridge - powiedział Ron.
- A mnie tak - powiedziałam ironicznie. - Nikogo nie bawi.
Ron puścił tę uwagę bez odpowidzi, ale gdy jego wzrok padł na kupkę śmieci obok kominka, rzekł:
- Dalej układasz wszędzie te wełniane... Czapki?
- Będę je robiła dopóki wszystkie skrzaty nie będą wolne! - krzyknęłam tak głośno, że kilka Gryfonów spojrzało się na naszą trójkę. Zauważyłam, że Harry'emu chodzi coś po głowie, ale chyba zrezygnował z wypowiedzenia tego na głos, więc między nami zapanowało milczenie.
- Dobrze, chodźmy już - rzekłam po chwili. - Jeśli się spóźnimy, to wlepi nam szlaban.
- Masz rację - dodał Harry. - Jakoś nie mam ochoty na kolejny szlaban u Umbridge.

- Dzień dobry, dzieci! - powiedziała nauczycielka Obrony Przed Czarną Magią swoim słodkim głosikiem.
- Dzień dobry, profesor Umridge - odpowiedzieli uczniowie ponurymi głosami.
- Dzisiaj zajmiemy się rozdziałem szóstym. Proszę otworzyć podręczniki i zacząć czytać. I proszę nie rozmawiać, nie ma takiej potrzeby.
Wymieniłam z Harry'm i Ron'em znaczące spojrzenia i zagłębiłam się w lekturze, pomimo, że przeczytałam już całą książkę.

- Harry - zaczęłam, kiedy zadzwonił dzwonek i wyszliśmy na korytarz - zastanawiałeś się kiedy będzie następne spotkanie GD?
Harry rozejrzał się niespokojnie. Gdy stwierdził, że nie ma żadnego zagrożenia, powiedział:
- Tak. Myślałem o tej sobocie, ale skoro jest wypad do Hogsmeade, to wątpie...
- Zróbmy to więc w piątek - rzekł Ron.
- Cóż, myślę, że... - zaczęłam, ale Harry mi przerwał:
- Hermiono, to był Twój pomysł. Myślę, że piątek będzie odpowiedni.
Westchnęłam tylko i nic nie powiedziałam. Gdy zadzwonił dzwonek, obieszczając koniec przerwy, razem z resztą Gryfonów powlokliśmy się do cieplarni na Zielarstwo.

Po dwugodzinnej walce z roślinami wszyscy były zlani potem i umazani błotem oraz nawozem. Pobiegliśmy szybko do Hogwartu by się przebrać.
- To do zobaczenia na Historii Magii! - krzyknęłam do Harry'ego i Ron'a, i pomknęłam po schodach do klasy, gdzie odbywały się Starożytne Runy.
Jak się spodziewałam nie było to nic nowego, ale słuchałam uważnie. I wtedy przypomniałam sobie o nieotworzonym liście od Wiktora Kruma, który otrzymałam podczas śniadania.
Schowałam go głęboko w torbie. Będę musiała przeczytać go na przerwie.

Po dzwonku ruszyłam do biblioteki - uznałam, że tam nikt mi nie przeszkodzi w przeczytaniu listu.
W bibliotece pani Pince zmierzyła mnie groźnym wzrokiem, ale ja skierowałam się do jednego z wolnych stolików. Usiadłam i ostrzożnie wyciągnęłam kopertę z torby, a z koperty list. Wstrzymałam oddech i zaczęłam czytać:

Kochana Hermijąnino!
Nawet nie wiesz, jak ja bardzo z Tobą tęsknię. Czasem nawet nie śpię w nocy, bo wyobrażam sobie, co robiłaś w ciągu dnia.


Zarumieniłam się lekko. On zawsze podobnie zaczyna listy do mnie...

Bardzo mi jest smutno z powodu tego, że w tym roku Boże Narodzenie spędzimy osobno. Niestety - nie ma możliwości, żebym przyjechał do Hogwartu, a żałuję tego bardzo...

Ja też, pomyślałam.

Cóż, chyba narazie będziemy musieli zadowolić się listami, choć zdradzę Ci w sekrecie, że podczas ferii zimowych jadę do Londynu.
Jestem ciekaw, czy nie moglibyśmy spotkać się w Hogsmeade.
To chyba wszystko. Do szybkiego zobaczenia! I pamiętaj, że bardzo, bardzo za Tobą tęsknię!
Kochający Cię Wiktor


Uśmiechnęłam się sama do siebie. Nie mogę doczekać się ferii. Chyba uda spotkać mi się z Wiktorem. Tak. Muszę mu szybko odpisać...
skomentuj (7)


* * * * * *





~~*~~

Design by Shadow
Pictrue from Art Dungeon
More in Les patrons
Powered by Mylog.pl
All rights reserved


Księga

Archiwum
2012
styczeń
2011
styczeń
2008
grudzień
marzec
2007
marzec
2006
lipiec
czerwiec
styczeń
2005
grudzień
listopad



Czytuję
Locha Snape'a archiwum

Hogwart
Pamiętnik Hermionki
Lilyanne Evans
Amanda Mounters
from gryffindor
Lily Evans
Fleur Delacour